Każdy, kto budował własny biznes, wie, że u jego podstaw leży stworzenie i doskonalenie produktu lub usługi. To ciężka praca i determinacja sprawiają, że udowadniamy swoją wartość, dostarczamy jakość, a na końcu „spinamy” to finansowo. Dopiero potem pojawia się marka i wizerunek – to, jak oceniają nas klienci, co o nas mówią. A oceniają nie po wpisach w social mediach, lecz po realnych dokonaniach.
Czy w tym wszystkim jest miejsce na autentyczność, czyli bycie sobą (cokolwiek to tak naprawdę oznacza)? Oczywiście, ale… Każdy z nas zachowuje się inaczej w różnych sytuacjach – inaczej w gronie bliskich, inaczej na imprezie, a jeszcze inaczej w kościele. Czy to oznacza brak autentyczności? Absolutnie nie! Zachowujemy się po prostu adekwatnie do sytuacji, co, tak przy okazji, jest wyrazem i kultury osobistej i dojrzałości. W biznesie działa to tak samo – spotykając się z klientami, reprezentując siebie i swoją firmę, dostosowujemy się do okoliczności. I to również może być autentyczne.
Czytam właśnie najnowszą książkę Naomi Klein „Doppelgänger – sobowtór”, autorki głośnego „No Logo”. Zagłębia się w niej w rolę social mediów i kreowania wizerunku, zadając kluczowe pytania: co zaniedbujemy, skupiając się na polerowaniu i udoskonalaniu naszego cyfrowego odbicia w lustrze? Czy stając się markami, nie zaczynamy przypadkiem „uproduktawiać” samych siebie? Każdy musi odpowiedzieć na to pytanie sam.
A wracając do autentyczności – nie jestem pewna, czy chciałabym zobaczyć „prawdziwą twarz” każdego mojego partnera biznesowego czy klienta. Po co mi to? Kupuję i współpracuję z jego biznesową stroną. I to mi wystarcza.
A co z marką osobistą? Cóż, przy „znanych nazwiskach” czasem zachowuję podwójną ostrożność. Często są one świetnym produktem marketingowym, ale czy za tym idzie jakość i współpraca, na której mi zależy? Kiedyś istniał taki slogan: „Jesteśmy drudzy, dlatego staramy się bardziej”. No właśnie, ja wolę takich, którzy starają się bardziej i nie mają czasu na brylowanie w social mediach. Bo pracują właśnie!